To tytuł najnowszej płyty kobiety o wielu pasjach, artystki nieszablonowej, autorki tekstów i muzyki. Laureatki Fryderyków w trzech ostatnich latach w kategorii singiel roku - pop alternatywny. Już we wrześniu w Centrum Kultury w Przeźmierowie pierwszy koncert z trasy promującej nowy album, a dziś specjalnie dla czytelników "TarNowej Kultury" rozmowa z Darią ze Śląska.
Jak zareklamowałaby Pani publiczności swój koncert w Przeźmierowie?
Myślę, że jeśli ktoś lubi smutne piosenki i szczere historie, to serdecznie zapraszam. Będziemy mieli o czym pogadać.
Rozpoczyna on jesienną trasę promującą nową płytę, wydaną w maju.
Tak, zaczynamy 19 września. Zauważyłam, że podczas tej trasy odwiedzam miejsca, w których nigdy jeszcze nie byłam. To rzeczywiście mniejsze miejscowości, do których pewnie nigdy nie miałabym okazji trafić, gdyby nie te koncerty. Bardzo się z tego cieszę. To ekstra uczucie, że ktoś tam na mnie czeka, by posłuchać, ugościć.
Czy po tylu występach nadal czuje się tremę?
Tak, jasne, ale to już inny rodzaj tremy. Nie jest paraliżująca, nie odcina mnie. To raczej stres, który towarzyszy ludziom, kiedy nad czymś ciężko pracują, wierzą w to i po prostu im zależy. Dla mnie koncerty to nie tylko muzyka, ale właśnie budowanie więzi. Po występach zawsze wychodzę do ludzi, rozmawiam z nimi, słucham ich historii.
Jaka publiczność przychodzi na koncerty? Czy to młodzież, ludzie dojrzali, seniorzy? Kogo Pani oczekuje?
Ludzi, którzy będą się dobrze czuć w moim towarzystwie, chcą coś przeżyć albo po prostu odpocząć. To nie jest kwestia wieku. Przychodzą bardzo dojrzali ludzie, często z całymi rodzinami. Młodzież spotykam raczej w dużych miastach. Moi słuchacze to zazwyczaj osoby, które już coś w życiu przeszły i odnajdują w moich historiach coś, co ich osobiście dotyka i zatrzymuje na dłużej.
Pomyślałam, że to może wynikać bezpośrednio z charakteru tekstów i muzyki. To po prostu rezonuje w ludziach, którzy mają już bagaż życiowych doświadczeń.
Te historie, szczególnie na pierwszej płycie, są dość gorzkie i trudne, momentami wymagające muzycznie. Spodziewam się więc, że stąd to wynika. Z drugiej strony, przygotowując się dzisiaj do pierwszego letniego koncertu, przeglądałam nasz materiał i on jest mocno eklektyczny – można przy nim naprawdę mocno potańczyć! Ktoś, kto zna tylko wersje studyjne z płyty, może być na żywo mocno zaskoczony. Wersje koncertowe brzmią zupełnie inaczej.
Niedawno wydała Pani płytę, odebrała kolejnego Fryderyka. Jakie plany na najbliższe miesiące?
Nasza letnia trasa to głównie festiwale: Męskie Granie, Open'er, Pol'and'Rock Festival – na którym, nigdy wcześniej nie byłam – a także koncerty z okazji dni różnych miast. Jest ich kilkanaście. Nie potrafię zbyt długo usiedzieć bezczynnie. Już dzisiaj kręcę się przy klawiszach i myślę o nowych rzeczach. Wciąż mamy jednak sporo spraw organizacyjnych związanych z promocją obecnego albumu.
.jpg)
Czyli z urlopu raczej nici.
Byłam na bardzo krótkim urlopie, trochę oszukiwanym. Poleciałam do Barcelony na festiwal Primavera Sound. Chciałam złapać trochę inspiracji i odetchnąć. Mój menedżer mówi, że czasem trzeba wyłączyć „nadawanie”, a włączyć „odbieranie”. To dla mnie bardzo ważne, bo jestem pracoholiczką. Odpoczęłam, choć Barcelona przywitała mnie pierwszego dnia potężną ulewą, więc chyba przywiozłam tam ze sobą trochę swojego śląskiego smutku.
Skoro wspomniała Pani o festiwalu i inspiracjach: jakich wykonawców słucha najchętniej?
Moje muzyczne wybory są bardzo eklektyczne. Lubię dźwięki z pogranicza alternatywy, rapu, soulu i elektroniki. Na festiwalu zachwyciło mnie na przykład The Cure – oczywiście, wiedziałam o ich istnieniu wcześniej, ale nigdy ich tak świadomie nie słuchałam. Uwielbiam brytyjską raperkę Little Simz. Odkryłam też niesamowity amerykański skład Dijon. Łączą soul z elektroniką na żywo w genialny sposób, dosłownie przepłakałam cały ich występ. Wszystko zależy od tego, czy w danej postaci lub sposobie wykonywania muzyki jest coś wyjątkowego, co mnie poruszy. Czasem na festiwalu trafia się na coś zupełnie spoza swojego codziennego nurtu.
Co jest najtrudniejsze w pracy artystycznej?
Proces twórczy bywa trudny, można go porównać do tańca – czasem robisz dwa kroki w przód, a potem dwa w tył. Najtrudniejsze bywa uchwycenie ostatecznego kształtu i kierunku materiału, zanim dokładnie wiem, co i jak chcę opowiedzieć muzycznie. Gdy to już wiem, jest znacznie prościej. Wyzwaniem jest też znalezienie ludzi, którzy mają podobny gust, rozumieją twój cel, z którymi nadajesz na tych samych falach. Kolejna rzecz, to wychodzenie na scenę z gotowym materiałem i aranżowanie go na nowo na potrzeby koncertów. Ale to akurat trudność, którą lubię. Podsumowując, najtrudniej znaleźć ludzi, którzy „kumają bazę” tak samo jak ty. Mam do nich ogromne szczęście, ostatnie dwa lata to był pod tym względem wspaniały czas.
A co w takim razie przynosi największą przyjemność w tym zawodzie?
Klimat koncertów i ludzie. Cudowny jest też moment, kiedy stawiam ostatnią kropkę w tekście i czuję, że jest naprawdę mocny. Jestem wtedy dumna, zadowolona i nie mogę się doczekać wejścia do studia. Fantastyczny jest też moment tuż po premierze albumu – ta ekscytacja, oczekiwanie i czysta radość, że materiał poszedł w świat. Aczkolwiek proszę mi wierzyć, że tworzenie płyty bywa czasem taką męką, że momentami jednocześnie się ten materiał kocha i nienawidzi. Kiedy w końcu ulatuje w świat, zrzuca się z barków raczej słodki ciężar.
Czy w pracy artysty pojawia się rutyna?
Tak. I trzeba bardzo uważać, żeby się nie wypalić. Ta praca ma wbrew pozorom sporo wspólnego z etatem. Kiedy zaczynasz regularnie koncertować, sprawa robi się poważna. Przestajesz odpowiadać tylko za siebie – stoi za tobą grupa ludzi, która z tobą pracuje i na ciebie liczy. Pojawia się masa wątków organizacyjnych: światła, scenografia, logistyka, nowe aranżacje. Przepisem na to jest świadomy odpoczynek. Ludzie widzą jedynie około 10% całej naszej pracy, ten finalny efekt.
Jak w takim razie wygląda Pani zwyczajny dzień? Wstaje Pani rano i...
Każdy dzień wygląda inaczej. Zazwyczaj staram się rano coś zanotować. Mam taki swój rytuał – prowadzę zeszyt, do którego przelewam myśli, rozterki, rzeczy, które mnie denerwują albo nad którymi pracuję. Z kolei wieczorem zawsze rozpisuję szczegółowy plan zadań na następny dzień: do kogo zadzwonić, na jakie maile odpowiedzieć, co przesłuchać, jakie zdjęcia promocyjne wysłać. W okresach wydawniczych – trzy miesiące przed i trzy miesiące po premierze płyty – ta praca jest niezwykle intensywna. A poza tym? Normalne życie: muszę zrobić śniadanie, ugotować obiad, posprzątać. Kiedy dłużej siedzę w domu i nic się nie dzieje, od razu zaczynam się stresować i szukam sobie zajęcia.
Muzyka to zawód zdradliwy emocjonalnie. Człowiek świadomie wystawia się na scenie na swoisty ostrzał. Pracuje się na żywych emocjach, wyciąga trudne, osobiste historie a czasem narzuca sobie ogromną presję, by dowieźć koncert na najwyższym poziomie. Po występie, przy gigantycznych endorfinach, wracasz do domu i rano musisz normalnie wstać i funkcjonować jak każdy człowiek.
Do tego dochodzi internet, w którym łatwo dziś o przykre komentarze czy hejt. Spotyka się Pani z tym zjawiskiem, jak do niego podchodzi?
Jestem wrażliwa, a artyści bywają wręcz nadwrażliwi. Mamy spore ego, co bywa i dobre, i złe – z jednej strony dzięki temu tworzymy, z drugiej - wyraźnie widzimy wszelkie niuanse świata. Negatywne komentarze zdarzają mi się, na szczęście, bardzo rzadko, stanowią ułamek procenta, ale kiedy już się jakiś pojawi, widzę go i potem o nim myślę. Kiedyś przejmowałam się tym znacznie bardziej, dziś potrafię to racjonalizować. Mówię sobie: „Okej, niech gadają”.
Imała się Pani w życiu najróżniejszych zajęć: siatkówka, studia historyczne, a nawet praca jako asystentka stomatologiczna…
Można powiedzieć, że nie potrafiłam się zdecydować! Jeśli chodzi o gabinet stomatologiczny, to był to jedynie staż, ale wspominam ten czas absolutnie wspaniale i do dzisiaj mam kontakt z dziewczynami z tamtej pracy.
Od asystentki stomatologicznej do pracy w branży IT – to niesamowicie odległe bieguny.
Dzisiaj w korporacjach nazwaliby to pewnie multitaskingiem. W IT przepracowałam około 7 lat. Wszystkiego uczyłam się tam zupełnie od zera. Jestem osobą ciekawą świata i ciągle czegoś szukam. Jedne rzeczy zatrzymują mnie na dłużej, inne totalnie porzucam. Z muzyką jest jednak tak, że niezależnie od tego, co robiłam i jak trudny był dany etap mojego życia, ona zawsze mnie do siebie przyciągała i sprawiała, że byłam szczęśliwa.
Gdyby - hipotetycznie - musiała Pani nagle zrezygnować z kariery wokalnej, do którego z dawnych zajęć wróciłaby z największą przyjemnością?
Jeszcze za czasów mojego poprzedniego zespołu powtarzałam sobie, że w tym zawodzie zawsze trzeba mieć „drugą nogę”. Ze względów czysto finansowych pewnie wróciłabym do IT – to po prostu dobra, stabilna praca, mam w niej 7 lat doświadczenia, więc szybko bym się wdrożyła. Ale jeśli pyta Pani o coś, co sprawiało mi autentyczną frajdę, to kiedyś sprzedawałam kosmetyki w Galerii Katowickiej i bardzo to lubiłam! Zarobki były wtedy groszowe, jakieś 1500 złotych, z czego jakieś 600 złotych szło na wynajęcie pokoju nie wspominając o pozostałych opłatach. Uwielbiałam jednak kontakt z klientkami, chłonięcie wiedzy o produktach i doradzanie paniom, które przychodziły do sklepu. Szło mi to naprawdę całkiem dobrze.
Taka swoboda w kontaktach z ludźmi na pewno zaprocentowała później w rozmowach w branży artystycznej.
Uważam się za osobę ciepłą, otwartą i wygadaną ale z drugiej strony – bywam niezwykle wymagająca, przede wszystkim wobec samej siebie. Moim minusem, nad którym cały czas pracuję, jest potrzeba kontroli nad artystycznymi wątkami. Na początku projektu „Daria ze Śląska” niewiele wiedziałam o mechanizmach tego zawodu i mocno opierałam się na decyzjach wytwórni, ufałam bardziej doświadczonym ludziom. Z czasem sporo się nauczyłam a i przejęłam stery. Dzisiaj to ja jestem ostateczną osobą decyzyjną, co bywa i fajne, i niefajne.
Podobno, gdyby nie muzyka, pisałaby Pani powieści science fiction?
Był taki okres, w którym mocno polubiłam się z pisaniem i pomyślałam, że format piosenki to dla mnie za mało. Ponieważ mam dość abstrakcyjną wrażliwość, operuję specyficznymi obrazami, nurt science fiction wydał mi się najbardziej adekwatny. Ta pasja rozwinęła się później w pisanie scenariuszy do moich teledysków, które też mają w sobie sporo surrealizmu i abstrakcji.
Jakie lektury Pani wybiera?
Kiedyś czytałam bardzo dużo kryminałów. Teraz wybieram raczej fabuły skupione na człowieku, uniwersalne przypowieści – uwielbiam Erica-Emmanuela Schmitta. Staram się szukać w literaturze czegoś, co niesie ze sobą więcej nadziei i światła. Choć niedawno zaczęłam książkę z elementami science fiction; to opowieść o człowieku, który przenosi się w czasie do roku 2160 i tam odkopuje stare zapiski z naszych obecnych czasów, w których my teraz żyjemy. Mogę polecić jeszcze autorkę Zytę Rudzką. Fantastycznie pisze. Bohaterki są zawsze bardzo charakterne, nie boją się życia. Opisuje w sposób zabawny historie o trudnych przeżyciach, ale ma niezwykle lekkie pióro i czyta się to błyskawicznie.
Co by Pani poradziła osobom, które próbują rozwijać się artystycznie?
Przede wszystkim: być obecnym tam, gdzie coś się dzieje. Ja brałam udział we wszystkich możliwych warsztatach, przeglądach, wydarzeniach muzycznych – nawet najmniejszych. Nie miałam żadnych „wejść”, ani muzycznych znajomości, wszystko zaczynałam od zera. Bardzo ważne jest budowanie relacji. Nigdy nie wiadomo, kogo się spotka – to nie musi od razu być ktoś z wytwórni. Czasem to ktoś, z kim po prostu stworzysz zespół.
Druga rzecz – nagrywanie własnych materiałów. Nie tylko śpiewanie „do ściany”, ale rejestrowanie i pokazywanie ich innym. Trzecia – codzienna praca u podstaw. Rozwijanie warsztatu, cierpliwość i pokora. Trzeba być otwartym i gotowym na naukę.
Nie ma jednego przepisu na sukces. Czasem to systematyczne publikowanie w sieci, czasem udział w konkursach. W moim przypadku to było wiele prób, porażek i małych kroków. Aż w końcu ktoś mnie zauważył – dziewczyna z wytwórni, która była na widowni jednego z wydarzeń. Krótko mówiąc: trzeba po prostu ciężko pracować.
Który ze swoich utworów lubi Pani najbardziej?
„Pamięć do złych słów” – najważniejszy dla mnie, długo dojrzewał. Powstał kilka lat wcześniej, ale trafił dopiero na drugą płytę. Drugie moje krnąbrne dziecko: „Plastelina” – utwór, w który bardzo wierzyłam i bardzo się z nim utożsamiam. Nie wszyscy byli do niego przekonani, a dziś świetnie działa na koncertach.
Gdzie widzi Pani siebie za pięć lat?
W spokojnym miejscu, blisko natury, najlepiej we własnym domu i z psem. Chciałabym nadal tworzyć muzykę i nagrać kolejną płytę. I być po prostu zdrowa – to dla mnie bardzo ważne.
Muszę zapytać o charakterystyczny strój z najnowszej płyty.
Opowiadałam o tematach albumu, o chaosie, o moich zwątpieniach, absurdach, moich emocjach. Stylistka zaproponowała coś nietypowego: formę, która zakrywa całe ciało i zostawia tylko twarz. I to mnie ujęło. Było dla mnie symboliczne – trochę jak schowanie się, trochę jak powrót do dzieciństwa, do poczucia bezpieczeństwa. Ten strój dał mi też pewnego rodzaju siłę.
.jpg)
Czy w obliczu kryzysów, wojen i pandemii, sztuka jest nam w ogóle potrzebna?
Tak. Zdecydowanie. Sama kiedyś miałam wątpliwości, zwłaszcza podczas pandemii zastanawiałam się, czy śpiewanie w takim czasie ma sens. Ale reakcje ludzi pokazały mi, że sztuka jest potrzebna i daje nadzieję, pomaga przeżyć trudne emocje, łączy ludzi. Czasem nawet realnie wpływa na życie. Słyszałam, że ktoś dzięki mojej piosence poszedł na terapię albo odważył się na ważną rozmowę. To ogromna wartość.
Rozmawiała: Olga Meller
Daria ze Śląska wystąpi w CK Przeźmierowo 19 września (sobota). Bilety (109 zł) już w sprzedaży. Szczegółowe informacje o koncercie dostępne są w zakładce "Wydarzenia".




